niedziela, 22 marca 2009

Planowanie

Miałem w planie umieścić jakiś wpis wczoraj, potem dodać kolejny dzisiaj. Tylko że moje plany w tej chwili uzależnione są od biologii, czyli cyklu życia córki, co czyni je kompletnie nieprzywidywalnymi. Póki co, ziszcza się plan niepalenia - dziś pierwszy cały (no, może jeszcze nie) dzień bez papierosa. Wspieram się niedobrymi pastylkami, więc jest znośnie. 

Przez pierwsze 2 dni mówiliśmy sobie, że "wylosowaliśmy" bardzo spokojne dziecko, które nawet gdy się obudzi, to raczej zapoznaje się ze światem na spokojnie, niż płacze. Ja w swojej pysze oczywiście przypisywałem to ojcowskim genom i obecnym w nich spokojowi (i nie byłem osamotniony w tym przypisywaniu). Dziś z kolei Ewa dawała często próbki swego głosu, więc całe misterne uzasadnienia... powiedzmy, że się nie sprawdzają. Mała ma coraz więcej energii, którą nie zawsze pożytkuje w taki sposób, jak byśmy chcieli. Przygotowujemy się na gorsze. Cóż, uroki rodzicielstwa... 

W tym miejscu miał być film, ale nie wyszło, bo nie jestem na tyle cierpliwy, żeby czekać 2 godziny na transport przez google do youtube (jak mniemam). W zamian kilka nowych fotek z aparatu, który podczas żadnej z urlopowych podróży nie był tak często eksploatowany, jak teraz.

 
Do ostatniego ujęcia: nie było mnie w domu, kiedy odzież była zakładana i nie miałem żadnego wpływu na jej wybór. Dla równowagi, mamy jeszcze w zanadrzu wersję maminą. 




piątek, 20 marca 2009

Wszyscy podopieczni w domu

Moje panie wczoraj przywiozłem do domu i od tego czasu ciężko skupić się na czymkolwiek innym, niż pomocy dla nich. Ostatniego dnia w szpitalu pojawiła się niespodzianka od koleżanek i kolegów z pracy żony, za którą w trójkę bardzo dziękujemy:

O szczegółach tej opieki kiedy indziej, bo chwilowo brak sił, ale w międzyczasie kilka ilustracji, czyli, ostatnie zdjęcie ze szpitala:
I jeden z tych nielicznych przypadków, kiedy mogę obejrzeć oczy naszej córki (bo przez większość czasu śpi, nie wyłączając z tego karmienia):

Niedoszłym rodzicom: dużo tego jest...

czwartek, 19 marca 2009

Zasady użytkowania

Z angielska disclaimer, brzmi bardziej jednoznacznie. W każdym razie, dotąd nie odczuwałem takiej potrzeby, ale ostatnio się to zmienił. Pod poprzednim wpisem znalazł się taki (zastanawiam się jeszcze, co z nim zrobić, bo zwykle nie podejmuję decyzji na gorąco), który uważam za balansujący na granicy dobrego smaku. Wobec tego ustalam, że:
  • jeśli ktoś uważa mnie za niedouczonego debila, to po uargumentowaniu tego jestem w stanie przynać mu rację;
  • jeśli ktoś bez żadnych argumentów obraża mnie, moją rodzinę lub komentatorów, albo działa na szkodę któregokolwiek z nich, to jej/jego komentarze będą usuwane.
A na koniec cytat z koleżanki: dopóki nie było internetu, nie zdawałam sobie sprawy, że na świecie jest tylu idiotów

środa, 18 marca 2009

Rozkojarzenie

Jako zaplecze organizacyjno - logistyczne dla moich pań, powinienem być przynajmniej dobrze zorganizowany. Zawsze miałem z tym problemy, ale teraz nastąpiła rozsypka totalna. Moje rozkojarzenie sięga chyba zenitu. Kluczami do garażu próbuję zamknąc samochód, dostawę czegoś tam mylę z odbiorem innej rzeczy, kluczę po ulicach bez wcześniejszego dokładnego sprawdzenia mapy itd. 

Za to rozkoszuję się wzruszaniem. Słyszę, że szwagier popłakał się wczoraj po otrzymaniu MMSa ze zdjęciem siostrzenicy - mam łzy w oczach. W radiu mówią o zbliżającej się wiośnie - identyczna reakcja (przez czas ciąży cały czas kojarzyłem wiosnę z ujrzeniem córki). Trzymam ją w ramionach - raz na kilka minut pot oczu.

Jedno z drugim łączy mi się w logiczną całość.

I jeszcze ujęcia z dzisiaj (UWAGA: "bokserski" nos zawdzięcza ponoć mozolnemu wydostawaniu się na świat przez całkiem nieduży otwór, co powinno się zmienić):


 

Zmiana czołówki

Zdjąłem ciuszki, bo jest lepszy i piękniejszy obiekt do oglądania. Pewnie niedługo znów się zmieni, ale o tym po premierze. Przy robieniu tego zdjęcia nie byłem, ale mam co do niego pewne przemyślenia. Żona zeznaje, że nie mogli się doczekać, kiedy mina Ewy nie będzie tak skwaszona. I się nie doczekali. Odpowiedź na pytanie, po kim mogła odziedziczyć niecierpienie pozowania do zdjęć pozostawiam tym czytelnikom, którzy dobrze mnie znają. Oczywiście żartuję.

wtorek, 17 marca 2009

Ujrzeliśmy: Nas Troje

To najważniejszy wpis na tym blogu od jego początku, więc mam tremę. Szczęście, zmęczenie i rozgardiasz w głowie powodują, że nie stać mnie na refleksyjne dyrdymały, więc będzie sprawozdanie.
  • 6:05: telefon od żony: nie ma wątpliwości, wody się sączą, zaczęło się
  • 7.00: jadę do szpitala. Pobyć z żoną, dowieźć kilka rzeczy
  • 8:30: wyjeżdżam ze szpitala na ważne spotkanie "na mieście"
  • Chwila później: przecięcie [proszę o wybaczenie, nie pamiętam, jakiego pęcherza] przez lekarkę
  • 11:44: telefon od żony, że mocno boli
  • 11:45: opuszczam spotkanie, jadę do szpitala
  • 12:00: z pewnością 2 najdłuższe godziny w życiu mojej żony, ból i prośby o przyśpieszenie śmierci
  • 14:00: przychodzi anestezjolog - sobowtór Mikulskiego ze "Stawki większej niż życie" i instaluje znieczulenie zewnątrzoponowe
  • ekstaza żony, która skurcze przeżywa bezboleśnie i pozuje do zdjęcia z może trochę jeszcze nieporadną, ale obdarzoną złotym sercem studentkę położnictwa, która pomaga, jak może i potrafi:
  • 15:15: sobowtór dodaje leku znieczulającego, bo skurcze znów bolą. Wszystko dzięki błyskawicznej reakcji położnej (dbającej o nas nadspodziewanie i, co ważne, za darmo (!), nomen omen - Ewie), która "zgarnęła" go z korytarza (normalnie dotarcie anestezjologa z jednego zakamarka szpitala do drugiego trwa ok. 0,5 godz.). Położna (wtajemniczeni wiedzą, o kogo chodzi) stwierdziła, że jest niefotogeniczna, więc do pozowania nie namawiałem:
  • Przez chwilę sytuacja wygląda na opanowaną. Przez chwilę. W tym czasie kontroluję maszynerię i mądrzę się (jakby sama tego nie wiedziała), kiedy skurcze ustępują:

  • Od 15: 30 skurcze są tak bolesne, że prośby o eutanazję się powtarzają
  • Ok. 16:45: badanie lekarza, zamykają mi drzwi przed nosem i słyszę tylko cierpiętnicze jęki. Koszmar. 
  • 17:00: wpuszczają mnie na salę porodową i zajmuję strategiczne miejsce u wezgłowia
  • 17:10: przy czwartym czy piątym skurczu żona i Ewa skutecznie kończą męki!!!
Kończę z dokładną chronologią, bo w tym czasie łzy w oczach zakłucają rejestrację. Dziecko ląduje na piersi mamy. Po chwili jedna z pań zabiera Ewę do sąsiedniego pokoju, a ja zastanawiam się, dlaczego nasze dziecko takie sine. Po chwili pani odpowiada, że kolor, który ujrzałem, to "noworodkowy róż". Ważą: 3980 g. Mierzą: 58 cm. Oceniają: 10 pkt. w skali Apgara. 

Trwają zabiegi przy żonie: łożysko, szwy itd. Ja dostaję Ewę opatuloną w naprędce przygotowane tekstylia z poleceniem udania się do naszego pokoju. Ekstaza. Przestaje płakać, kiedy śpiewam jej, że jest moja!

O innych, negatywnych niestety wrażeniach w kontakcie ze szpitalem może kiedy indziej, w tej chwili ważniejsze obrazy naszego szczęścia:
 

Padam ze zmęczenia...



poniedziałek, 16 marca 2009

Się zaczyna

Godz. 21.15: coś mi leci. Czop płodowy, wody odchodzą? Nie wiadomo. Decyzja szybka i obustronna: jedziemy do szpitala.
Godz. 22.45: po oględzinach decyzja: rodzimy, wody odeszły. Hurrra, zaczyna się jazda!
Godz. 23.05: no jednak nie wiadomo, wody się sączą, pani zostaje w szpitalu, pan może odejść
Odejść?! Pan się zdrzemnie, w każdym momencie możemy wezwać
A przed chwilą telefon od żony: sączenie wstrzymane, dziecko zdrowe, czekamy. 
I jak ja mam się zdrzemnąć?!